piątek, 7 lipca 2023

Dzień 4



Rano obudzil nas kogut i ulewa, wiec ciezko bylo sie nam zwlec z lozka. Ok 10 udalo nam sie zapakowac i zjesc sniadanie w knajpie obok. Ok 11 w koncu ruszylysmy. Kiedy udalo nam sie wjechac do Jastrzebiej gory (juz wiemy skad nazwa ⛰️) zrobilysmy sobie wakacyjne tatuaze i posililysmy sie lodami. Jechalysmy dalej zeby zjesc obiad za Wladkiem, ale deszcz zdecydowal inaczej i jemy w stolicy nadmorskiego kiczu, ale za to rybke przy samym porcie.

Ostatnia prosta z Wladyslawowa na Hel. Ruszamy z kopyta zanim Marta sie rozmysli i bedzie chciala podjechac pociagiem. To byla dobra decyzja- trasa polwyspem helskim jest przepiekna i wiatr mocno pomaga dmuchajac w plecy. Czesto jedzie sie przy samej plazy i mozna podziwiac kolorowe kajty. Koncowka przed Helem wiedzie przez malownicze pagorki w lesie i w koncu docieramy do celu! Mamy to!

Jestesmy z siebie dumne i mamy godzinke do pociagu powrotnego, wiec siadamy na ostatnia kawke z widokiem na morze i pedalujemy na dworzec.


Dziś 76km


TOTAL 278km


Dzień 3

 


Znowu pozny wyjazd.

Ciagle nie wiedziałyśmy, gdzie jedziemy i co robimy, bo juz wiadomo, ze nie zdazymy dojechac na Hel.

Decyzja, ze jedziemy do Koszalina na pociag (przez Gąski, Sarbinowo, Mielno) i lapiemy pociag do Lęborka a stamtąd pedałujemy przez Wejherowo na Hel.

Ale jednak na stacji decyzja, ze pociag do Łeby, bo lepiej jechac przy morzu

W Koszalinie okazalo sie, ze nie ma miejsc na rowery w pociagu do Lęborka i musimy czekac ponad 2h na nastepny, wiec wbijamy na głupa we wczesniejszy i Madzia załatwia sprawę z konduktorami- kończy sie na pouczeniu, ale pozwalają nam jechac ;) Przesiadka, obiad z Pomidora, i regionalny do Łeby. W Łebie lekko kropilo, ale jak tylko wjechalysmy do lasu zaczęło padać naprawdę. Poczatkowo piekna droga szybko zamienila sie w istne pieklo dla rowerzysty. Mieszanka mokrych korzeni, piachu i deszczu przy obciążonych rowerach przez 10 km zmienila nas w blotne balwany. Po drodze jednak bylo kilka pieknych widoczkow (rybak odplywajacy z pomostu z wielkim czarnym psem na lodce). Kiedy nasz koszmar sie skonczyl i wjechalysmy do cywilizacji przy latarni Stilo, deszcz przestal padac co sklonilo nas do dalszej jazdy, ale jak tylko wjechalysmy na kolejny bezludny odcinek deszcz znow dal o sobie znac. I tak jechalysmy kolejne kilkanascie kilometrow w strugach deszczu, tym razem jednak po lepszej nawierzchni. Wymarzniete jak tylko zobaczylysmy pierwsze zabudowania Białogóry zaczęłysmy szukac noclegu dzwoniac do kolejnych miejsc noclegowych. Kiedy telefon odebral wlasciciel osrodka Delfin, po przejsciu wstepnej weryfikacji (czy jestescie ladne) dostalysmy do dyspozycji pokoj. Wprawdzie nieposprzatany, ale za to za darmo. Od slowa do slowa i po kilku lykach wina maszalnego (naprawde) przeszlismy z Tadeuszem i Leszkiem na ty, a po kapieli i wdzianiu wieczorowych leginsow poszlismy razem na "koncert" muzyki skocznej. 

Dziś „tylko” 68km, ale te 10km za Łebą liczy się co najmniej x2 ;)













Dzień 2


 Pozna pobudka, bo padał deszcz od rana i długo się zbierałyśmy, a jak już się udało wyjechać to się jeszcze zaraz na kawę zatrzymałyśmy (Lech Dyblik też).

W końcu ruszyłyśmy i pierwszą uciekając przed deszczem dojechałyśmy na kolejny sentymentalny przystanek do Pogorzelicy i Albatrosa, gdzie wpadłyśmy na właściciela i zrobiłyśmy sobie z nim pamiątkowe zdjęcie (chyba był lekko zdziwiony, bo nas nie pamiętał 😂)

Potem jeszcze uzupełniłyśmy poziom cukru goframi i znowu ściganie sie z deszczem, aż udało się dojechać tuż przed Kołobrzeg do 

Grzybowa na obiad. Po drodze mijałyśmy super miejscowość Rogowo, w ktorej nie bylo ani jednej budki sprzedającej badziewie!

Obiad zjadłyśmy u robsona w Grzybowie pod Kolobrzegiem, a w trakcie spadł deszcz i morale. W końcu w lekkim deszczu ruszyłyśmy dalej.

Przejechalysmy glado i zaskakujaco przyjemnie przez Kolobrzeg.

Ciągle nie mogłyśmy się zdecydowac, gdzie zatrzymać się na nocleg, rozglądałyśmy się za jakimś spa, ale nic sensownego nie mogłyśmy znaleźć. Nawet nie byłyśmy oewne, w której kiejscowkści się zatrzymać…

Na zjeździe psychicznym w Ustroniu Morskim znalazlysmy kawiarnię (Kremova), zeby sie wzmocnic kawą i tam znalazlysmy Feniksa ze spa.

Swieć panie nad jego duszą- zmarły właściciel (ojciec obecnego?) miał tam stworzone coś w rodzaju ołtarzyka na ścianie przy recepcji, a miejsce było teraz prowadzone przez syna i jego kolegów- poważni nastolatkowie ;)

Regeneracja w spa jednak była wspaniała i nawet pan oblech jej nie zepsuł (to jest taki gość, ze jest jak najgorszy gość).

Po części „mokrej” jeszcze nawet krotko pojogowałyśmy i zasiadłyśmy do królewskiej kolacji na tarasie. W końcu koło 22:00 wzięłyśmy małpeczki i tym razem poszłyśmy na plażę, a tam odbyłyśmy nieplanowane telekonferencje z Olesiem i Zrobasem- buziaczki! Koło północy chwiejnym krokiem wróciłyśmy do pokoju, ale na tarasie jeszce spotkałyśmy sąsiadów z pokoju obok i chwilkę pogadaliśmy przed spaniem.


Dziś 75km na liczniku



L












Dzień 1

 Po wieczornym spotkaniu i noclegu w eleganckiej poznańskiej kamiennicy, rano obudził nas głos lokalnego żula. Szybko się ogarnęłyśmy, spakowałyśmy sakwy i po śniadaniu ruszyłyśmy na stację- kierunek Świnoujście.

Dojechałysmy koło 14 nieświadome tego, że nazajutrz mialo odbyć się uroczyste otwarcie nowego tunelu łączącego wyspy Wolin i Uznam w Swinoujsciu.


Zaczęłyśmy namierzać trasę R10. Niestety okazało się, że musimy zrobić jakiś objazd i troche się plątałyśmy, ale w końcu trafiłyśmy na piękny, nowy odcinek trasy wytyczonej tuż przy morzu- między drzewami z widokiem na plażę i morze cały czas. Tą drogą dotarłyśmy do biczbaru, gdzie poczułyśmy wakacyjny klimat. Po obiadku ruszyłyśmy dalej, ale ten odcinek szedł opornie, bo w Wolińskim Parku Narodowym ciągle gubiłyśmy szlak i przez to sporo czasu zmarnowałyśmy. Późniejsza trasa była mocno sentymentalna, bo jechałyśmy przez Dziwnów (weszłyśmy do CIULA i Madzia spotkała panią Ewę, z którą podeszłysmy na chwilę na wejście na plażę). 

Daleko już nie ujechałyśmy, bo widząc, że w Łukęcinie są dwie bazy harcerskie postanowiłyśmy spróbować szczęścia i zagadać o nocleg. Udało się przy pierwszym podejściu i to tak fajnie, że nawet nie musiałyśmy swojego namiotu rozkładać, bo harcerze jeszcze nie zjechali na turnus, a i ich namioty tak ;) A więc miałyśmy luksusowe warunki i nawet ciepły prysznic i prąd. Rano okazało się, że miałyśmy podwójnego farta, bo padało i nie musiałyśmy suszyć swojego namiotu. 

Syn komendantki obozu- Kacper pan prezes












60km na liczniku