wtorek, 26 lipca 2011

Dzień 9

Z brzydką pogodą jednak mocno się przeliczyłyśmy. Nie wzięłyśmy pod uwagę tego, że deszcz będzie padał całą noc, przemoczy nam buty pozostawione w rogu namiotu i wyrządzi tak ogromną krzywdę naszemu planowi. W nocy tak lało, że nawet siku nie chciało nam się robić, żeby tylko nie musieć wyjść z namiotu i nie zamoknąć do suchej nitki. Już od szóstej nasłuchiwałyśmy, kiedy deszcz przestanie w końcu  padać, ale wytrzymałyśmy tylko do dziewiątej, kiedy to okazało się, że deszcz wcale takiego zamiaru nie miał. Lało jak z cebra, wiało niemiłosiernie, ciężko było nawet iść.  W pośpiechu zwinęłyśmy mokry namiot, zaopatrzone w gustowne worki foliowe zapakowałyśmy nasz dorobek i sprawiłyśmy sobie urocze kaftaniki. Tak odziane postanowiłyśmy szukać szczęścia u kierowców PKS, którzy niechętni byli zabieraniu do środka trzech wielkich rowerów. Na szczęście już przy drugiej próbie bardzo uczynny Pan jadący do Szczecina ulitował się nad nami – niebieskimi smerfami i moknąc przy tym okropnie umieścił nasze bicykle w luku, a nas ugościł w środku autobusu. W trzy godziny dotarliśmy do Szczecina i tam dosyć szczęśliwym zbiegiem okoliczności już wkrótce złapałyśmy pociąg bezpośrednio do Łodzi. Przy wsiadaniu nie obyło się bez komplikacji, bo na dworcu wszędzie jest jest mnóstwo schodów bez podjazdów,a w pociągach TLK wagony dla rowerów istnieją tylko wirtualnie… Na szczęście(już  tradycyjnie) spotkałyśmy w pociągu Pana – rowerzystę o bardzo oryginalnym zaroście splecionym w warkocz, który zajął się ulokowaniem naszych wszystkich pojazdów w przedsionku wagonu.   I tak niespodziewanie zakończyła się nasza  wielka wyprawa już w sobotę. O 19.00 wysiadłyśmy obładowane niebieskimi workami na stacji Łódź Kaliska i trochę skonsternowane wróciłyśmy do domu.  Rozmyślając w drodze i obserwując pogodę upewniłyśmy sie jednak, że dalsza droga do Świnoujścia byłaby już niemożliwa.
Tak to zakończyła się nasz piękna wyprawa z Sopotu (prawie do) Świnoujścia.
THE END.

                    Już w PKSie
                     Ostatniego dnia okazało się, że Sergio był z nami przez cały czas ;)
                        Dosypianie w pociągu.

                    Smerfy w oczekiwaniu na autobus.
                  Cygański tabół ładuje się do przedziału.
               Weźmie nas czy nie weźmie - oto jest pytanie...

2 komentarze:

  1. Lubię czytać książki podróżnicze, a szczególnie takie gdzie głównym transportem jest np. rower czy kajak, to też i Waszego bloga miło się czytało. Szkoda jedynie, że pogoda tak mocno skróciła jego stronice.
    Mam jednak nadzieję, że w przyszłym roku powtórzycie próbę przemierzenia nabrzeża, może tym razem od Świnoujścia do Sopotu? I w jakiś mniej deszczowy miesiąc;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, wracamy na trasę, 12 lat później 🙂

    OdpowiedzUsuń