Po nocy spędzonej u sympatycznych właścicieli pensjonatu Atalia w Łebie (tak, to jest kryptoreklama ;) ), skoczyłyśmy na pobliskie ruchome wydmy. Tak nam się tam spodobało, że leniwiąc się przeleżałyśmy tam całe przedpołudnie. Rozleniwione poplątałyśmy się po Łebie i suma summarum wyruszyłyśmy w dalszą trasę dopiero ok. 17ej. Miałysmy zamiar dotrzeć do Lasu Smołdzińskiego, trasą rowerową przez Słowiński Park Narodowy. Wszystko pięknie, ładnie, ale po jakichś 10 km piaszczysta drogą przez las, zorientowałysmy się, że zapomniałysmy kijków od namiotu.... Zostały w Łebie. I co robić? Dojechałyśmy do Izbicy, do najbliższego gospodarstwa agroturystycznego, u przegościnnej pani Marysi, która nas napoiła. Znlazł się też tam nasz wybawca- pan Gienek, kierowca karetki, który wraz ze swoja dziewczyną, pielęgniarką z OIOMu zaproponował podwózkę do Łeby. Jedynym warunkiem było to, że same musiałyśmy się tam zawieźć, bo pan Gienek wypił piwko. Niewiele myśląc wręczył nam kluczyki i odważnie ruszyliśmy wertepami do Łeby, aby odzyskać nasze bezcenne kijki :)
Gdy w końcu udało się dotrzeć z powrotem, było już za poźno, by ruszyć dale, a poza tym mieszane towarzystwo zwierząt i ludzi zachęcało, by dłużej z nimi posiedzieć. I tak trzeciego dnia ujechałyśmy zaledwie 15 km. Ale ten dzień i tak zaliczamy do udanych, ponieważ wieczór w doborowym towarzystwie wynagrodził nam trudy i przeciwności.
Magnes na plaży w Łebie chowa się przed wiatrem
Zjazd z wydmy!!!
A tu wdrapywanie się z powrotem :)
Madzi udało się ładnie wyjść na zdjęciu, na wieży widokowej w Rąbce.
Marta tęskni za łodzią.
Przed Atalią, z Jarkiem i Ewą.
W Izbicy z pania Marysią i jej gośćmi. Madzia zabawia kota.
Mini skansen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz