Rano wstałyśmy, po pierwszej nocy w namiocie, mile zaskoczone, że nawet nie zmarzłyśmy. Po szybkim śniadanku i pakowanku wyruszyłyśmy, pobłogosławione przez panią Marysię, ścieżką przez bagna. Dotarłyśmy nią do Kluk, dzie mieści się świetnie utrzymany skansen wsi słowińskiej, a obok urzęduje pan, który robi buty dla koni (klumpy) i zna się na wszystkim- począwszy od tego, jak rozkręcić swój biznes, a na historii Kluk kończąc. Zwiedziłyśmy skansen, posiliłysmy i ruszyłysmy dalej, już normalną białą drogą, aż do Ustki (czyli w sumie ok. 50km). Oczywiście nie obyło się bez przygód też na tym odcinku. Najpierw Magnesowy rower zaczął wydobywać z siebie niepokojące odgłosy, Madzi zeszło powietrze z tylnej (sic!) opony, a potem mimo interwencji naczelnego mechanika w gumowych żółtych rękawicach (Magnes jest przygotowana na każdą ewentualność!) magnesowy łańcuch zaczął spadać regularnie. Mimo tego, udało nam się dojechać do Ustki wyjątkowo wcześnie i po rozbiciu się, już ok. 19ej zaległyśmy na plaży (wreszcie) dobrze zaopatrzone w produkty z Biedronki (jak dobrze, że Biedronka jest tak blisko...) Tak spędziłyśmy czas do zachodu słońca.
Za stodołą u pani Marysi.
Pakowanko.
Przedzieranie się przez bagna. Uwierzcie, że TO SĄ bagna.
Nasz profesjonalny sprzęt na postoju w Klukach.
Mewa/ rybitwa żarłacz pożeracz naszych bułeczek śniadaniowych.
Słoneczny patrol/ partol.
Sesja o zachodzie słońca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz